Dziś się nasz samochód rozkraczył. Jechaliśmy, wysiedliśmy, posiedzieliśmy, brat wyszedł z zamiarem pojechania na myjnie i zatankowania – pojechał, fakt, ale nie wrócił. Auto kaput. Wracamy taryfą. Tak długo do centrum jeszcze nie jechałem. Nie dość, że na około, żeby było mało samochodów, to jeszcze się wlekliśmy z naszym autem na holu. A taryfiarz marudny i nerwowy. Już mieliśmy wysiadać i podziękowac serdecznie za „miłą” jazde, kiedy na horyzoncie ukazał się zbawczy budynek. Jeszcze kawał do domu, ale już bliżej niż dalej. Dojechaliśmy. A ja teraz siedze i gapie sie bezmyślnie w monitor. A matma leży i kwiczy.